Galeria Odlot – Zostaw nudę za bramą

Temperatura była chyba pierwszy raz tego roku tak wysoka (kiedy oczywiście mam możliwość spacerować), a słońce jeszcze zerkało znad kamienic. Jakoś przemknąłem przez podwórze pełne drzwi do przeróżnych pracowni kreatywnych w Off Piotrkowska i snułem się dalej ulicą. Słuchawki na uszach, aparat w ręku, myśli w głowie i oczy rozglądające się dookoła – pełne wyposażenie.
Ku mojej uciesze, pod adresem Piotrkowska 118, spojrzała na mnie papuga siedząca na bramie, zapraszając do środka. Wejście nie jest zbyt wyeksponowane, wśród tysięcy miejsc na jakie można się tam natknąć. Wchodząc, uważałem, że mam wielkie szczęście. Któż by chciał spacerować w nudzie, nie próbując zaczerpnąć odlotu czekającego w podwórku, czym by on nie był. Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że obraz po lewej stronie, kojarzy mi się raczej z którąś częścią piły, ale przecież, to też sztuka.

<- Nuda – Odlot ->

Pierwsze, co wpada w oczy, to wystawa z galerii

O całej, pięknej historii i przeznaczeniu tego miejsca, można poczytać na stronie domnaosiedlu.pl, oraz znaleźć (czytajcie „polajkować”) galerię odlot na Facebooku. Wspaniała inicjatywa!
Niefajnie jednak, ponieważ podczas oglądania wystawy, obiło mi się o uszy, że na koniec maja 2017 roku, podwórko ma zostać przekształcone. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ponieważ duża część sztuki, to właśnie to podwórko, to miejsce i te pofarbowane ściany. Pozdrawiam Artystów z Odlotu oraz opiekunów!

Zdecydowanie P.O.L.E.C.A.M. – Takie Łodziowe must see!

Zakłady Ursus – Fallout 7.09.2016

Stała tu bodajże jeszcze niedawno hala, ostatniego użytkownika, Konsorcjum Stali. Wieki temu byłem u nich po odbiór jakichś profili. Dziś, poza zrównanym z ziemią terenem nic się nie zmieniło. Po prawej stronie, w kierunku Factory i Urzędu Dzielnicy, powstają już osiedla. Tu jeszcze beton próbuje oddychać.

Exploration mode – Schronisko turystyczne „TRAMP”

Od lat, w sumie od dzieciństwa, interesował mnie ten budynek. Chodziły różne słuchy o tym, co się tam wyprawiało, ale chyba wiele z nich to dziecięca wyobraźnia. Wydaje mi się też, że odkąd pamiętam, wieża miała ślady pożaru. Budynek został wybudowany w roku 1904, a służył przez wiele lat jako szpital dla robotników, szkoła, internat, no i oczywiście schronisko.

Mieszkam całkiem niedaleko, więc jak już napisałem, w pamięci budynek utkwił. Jako, że był to wyjątkowo pracowity dzień, bo zwiedziliśmy, aż 4 ciekawe miejsca, to te postanowiłem wrzucić jako pierwsze. Na pewno urzekł mnie stan budynku jak i gra świateł wewnątrz i względny porządek.

Zdjęcia nie są za specjalne. Ręka drżała i nie ukrywam, że nie czułem się komfortowo wchodząc przez piwnicę, a nie mając już lat 16-stu, kiedy to człowiek się niczego nie boi i nie myśli o konsekwencjach. Gdybym był sam, na pewno bym nie wszedł, na szczęście, nie miałem wyjścia. Tak więc wchodzimy przez piwnicę, otwarte okna mamy po dwóch stronach budynku i nie są trudne do zlokalizowania. Siatka uszkodzona jest w również dwóch miejscach, więc można wejść, nie skacząc przez ogrodzenie.

Kilku zdjęć nie pokażę. Zastanawiały nas „dziwne”, lub w sumie „oczywiste”, w sytuacji jaką zastaliśmy na górze napisy. Był pentagram, świece, ołtarz, tron, specjalnie ułożone figurki. Propagandy więc nie będzie, była za to większa nutka adrenaliny niż zazwyczaj, pomimo, że wcześniej, tego samego dnia byliśmy w starym szpitalu, a Pan pogonił i kazał kasować zdjęcia z karty! 😛
Myślimy, że to właśnie z tego tytułu, w budynku nie ma śladów pomieszkiwania, czy bałaganu stworzonego ze sterty butelek i puszek po piwie chociażby.

We wszystkich pomieszczeniach zostały zerwane płyty gipsowe, powyrywane ze ścian są instalacje elektryczne, a sam „zameczek” wystawiony jest na sprzedaż. Piękna, czerwona cegła wygląda z zewnątrz bardzo okazale, jakby czas zbytnio jej nie naruszył. Nie oszukujmy się, cegła jest z czasów kiedy robiło się coś na wieki, a nie na powiedzmy 3 lata. Po środku mamy potężną klatkę schodową, a stopnie zasypane są przez rozdrobnione szczątki płyt g/k. Tylko ich czubki błyszczą bordowym marmurem, jakby specjalnie przetarte, czy użytkowane. Totalnie opustoszałe pomieszczenia i duże okna tworzą wspaniały klimat. Wiele dziur w dachu, pozwala promieniom słonecznym na fascynującą pracę przy ich doświetlaniu. 

Najbardziej chyba podobają mi się fotki z gołębiami w roli głównej, które znalazły tu sobie wspaniałe schronienie.

Info o budynku zaczytane na stronie: http://wpg.alleycat.pl

Stąpałem po Mierzei Wiślanej

Tegoroczny wyjazd wakacyjny miał na celu zahaczyć morze z możliwością połowienia ryb i pozwiedzania okolicy. Jako, że mieliśmy takie tam, powiedzmy „wejścia”, udaliśmy się na Mierzeję Wiślaną do Krynicy Morskiej.
Droga, jak to w sezonie, fatalna. Do tego jeszcze jej połowa to objazdy, rozjazdy i przebudowy. Pojechaliśmy spod stolicy na Płońsk, przez Mławę i na Elbląg. Nie ukrywam, że niecałe pięć godzin jazdy to nie tragedia. Jak już się uda oddać wszystkie budowane i remontowane odcinki, powinno być idealnie, aczkolwiek drożej. Wątpię czy pozwolą na Gdańsk jeździć za friko.

To, że jesteśmy już w Krynicy, można było poznać po tłumach przechadzających się główną ulicą idącą przy porcie. Nie do końca tak chciałem spędzić urlop, w tłumach rodaków, ale cóż.
Pogoda przeplatała się przez pierwsze dni, więc zostały tylko wycieczki w lekkim deszczu, czy przy ostrym wietrze. Pierwszego dnia zjeździliśmy samochodem okolicę, wyłapaliśmy kilka punktów w które na pewno jeszcze wrócimy.
Przed samym wyjazdem oglądaliśmy film na YouTube, w którym z nutką grozy i tajemnicy opisana jest wyprawa pod rosyjską granicę, na końcu naszej części Mierzei Wiślanej. Chodzący z karabinami za ciekawskimi opiekunowie granicy oraz szepty i słuchy na internecie zadziałały, ruszamy więc przygodo.

Tak jak było opisane, dojeżdżamy do ośrodka wczasowego w Piaskach, w którym za darmo nie chciałbym mieszkać. Aby wyjść na plażę, zaparkowaliśmy przed bramą i weszliśmy na teren. Po chwili spaceru między domkami, naszym oczom ukazała się pięknie ozdobiona furtka za którą rozpościera się las. Droga na plażę to jakby wędrówka raczej górska. Dwa wyższe wzniesienia, około 800 metrów pieszo i naszym oczom ukazuje się zejście na plażę oznaczone numerem trzy.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Furtka do lasu

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wyjście z lasu

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Prawa strona

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Lewa strona

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wejście w Piaskach

W prawo i lewo rozciąga się uwielbiany przeze mnie widok naszego wspaniałego Morza Bałtyckiego i lekko opustoszałej plaży. Zza chmur zaczęło wychodzić słońce, więc wszystko idzie w dobrym kierunku.
Fale były bardzo wysokie, więc wlewały się co i rusz zalewając całą powierzchnię dosyć szerokiej plaży, tak więc chwilę się szło, a chwilę stało, bo woda po kolana pędziła z powrotem do morza. Mogę maszerować tak godzinami, tu jednak było by już ciężko, bo z nami, dwóch młodych Panów, nie do końca chcących całe dnie spacerować.
Idąc z dziećmi, pstrykając zdjęcia i rozkoszując się okolicą, szliśmy do granicy około godziny, a jej białą tablicę ostrzegawczą widać już z bardzo daleka.
Miało być pusto, z dreszczykiem grozy, a tu przed nami tłumy ludzi chcących przełożyć rękę przez siatkę, kiedy akurat Putin nie patrzy. Na całe szczęście, połowa wykruszyła się po jakimś kilometrze, więc kiedy dochodziliśmy już na miejsce, wszyscy zainteresowani wracali w drugą stronę.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Spacerowicz starszy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Spacerowicz młodszy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wejście w pół drogi

Tablica ta mówi, że znajdujemy się właśnie na zewnętrznej granicy Unii Europejskiej z Federacją Rosyjską, a kara za jej nielegalne w tym miejscu przekroczenie to grzywna, lub trzy lata odsiadki. Szczerze, nie wiem na co liczyliśmy. Faktycznie, po wydmach na naszej stronie krążył jakiś człowiek w sweterku i zganiał ludzi, co by nie próbowali przez nie przechodzić. Bacznie obserwował też tych, pstrykających wspomnienia przy siatce. Na tym się emocje i dreszczyk skończyły..

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Granica, stop i tablica

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Granica gdzieś tam dalej w morzu

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Ptaki po rosyjskiej stronie

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wejście przy granicy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Kwiatki

Zwykle wraca się szybciej, tym razem nie, nie wracało się. Tym bardziej krótszym nóżkom, które dały radę wrócić tylko dlatego, że był „training”, pióra, które służyły za skrzydła, oraz znaki, które robił Pan młodszy, aby można było odnaleźć drogę powrotną, gdybyśmy się zgubili. 😛
Tak więc na widok samochodu wszyscy byli szczęśliwi. Cała trasa to jakieś sześć, może siedem kilometrów w obie strony. Kiedy podeszliśmy już do auta, w uszy wpadło nam chrumkanie, a oczom ukazała się Pani Dzik, a raczej jej, powiedzmy lekko plecy. Tablice więc nie kłamią. W Krynicy naprawdę dziki panoszą się niesamowicie, jak u siebie w mieście. Tydzień po naszym wyjeździe, grasowały już w donicach pod domami w samym centrum. Ktoś musiał chyba nakłaść do nich orzeszków czy czegoś co dziki lubią i wyczują. Niestety, chrumkająca świnka leśna, zawołana chyba przez swojego leśnego męża szybko prysła w krzaki i dosłownie tyle ją widzieliśmy co na zdjęciu.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Niedziki Dzik

Wielbiciele łódek mogą popstrykać je choćby w Piaskach wracając. P.S. Zasłyszałem, że podobno Akord stoi tam od zawsze! 😛

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Akord

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Piaski port

Kolejnego dnia, niestety już wiatrem przesiąkniętego, ruszyliśmy także w stronę Piasków, ale po to, aby znaleźć kawałek spokojniejszej plaży, miejsce na ryby lub po prostu popatrzeć na okolicę. Oczywiście, nie mogliśmy nie iść na wielbłądzi garb, który to miał być wspaniałym punktem widokowym na morze i zalew po drugiej stronie. I faktycznie, idzie się i idzie pod górkę dosyć długo. Droga jest bardzo ciekawa i fajna, nie twierdzę jednak, że dla wszystkich równo łatwa. Tak więc, kiedy znaleźliśmy się już na tarasie.. Okazało się, że widok jest, jednak trochę przesłonięty koronami drzew. Jeśli chodzi o punkt, możliwe, że jest tam najwyższy, ale dla widoku wchodzić się po prostu nie opłaca. Podjechaliśmy tam samochodem, ale gdybym miał zobaczyć na tarasie widokowym to, co ujrzałem, a iść z Krynicy na pieszo, zapewne byłbym nieco bardziej poirytowany „widokiem”. Z drugiej strony jak myślę, że mogliśmy stać w tej wielkiej kolejce pod latarnią i zamarznąć na sopel na samej górze.. Wybieram garb!

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Wejście na wielbłądzi garb i „taras widokowy”

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Zalew Wiślany

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Bałtyk

I tyle się naoglądali..

Kolejnym przystankiem były parkingi leśne, które przy takiej pogodzie były puste. Normalnie pobierana jest tam opłata w wysokości 10,00 zł za zaparkowanie auta, po czym można iść na spokojny kawałek plaży. Spokojny, bo pokusiliśmy się dnia następnego na wyjście numer 24 w Krynicy, a tam… Ludziów po horyzont, Janusz na Januszu, torby z biedronki przesłaniają skarpety w sandałach itd..
Tak więc, będąc w Krynicy i chcąc się porelaksować na plaży, w słońcu i względnym spokoju, konieczne jest się przemieścić w odleglejsze miejsce, do którego nie każdy dotrze. Z leśnych parkingów plażowaliśmy na „dużym”, ale największą uwagę przyciągnął ten ze zdjęcia poniżej.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Go-Lasek 🙂

Po drugiej stronie parkingu, gdzieś w połowie 75 kilometra zjechaliśmy w prawo, aby zejść nad zalew. W lesie było grząsko, więc auto zostało i poszliśmy na pieszo. Wiatr wiał z każdą chwilą coraz mocniej, ale spragnieni znalezienia dobrego miejsca do połowienia ryb szliśmy przed siebie. Miejsce niby się znalazło, tylko kiedy pomyślałem, że trzeba będzie nieść taki kawał sprzęt i wszystkie graty, krzesła, stoliki, które przywieźliśmy, odechciało mi się. Sprawa druga, że na spławik, który by dzieci najbardziej ucieszył nie wyglądało perfekcyjnie. Poprzestaliśmy więc na rybowych planach.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Zalew

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Chyba widać, że wiatr daje

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Sieci? Ja się nie znam..

Po wyjściu na skarpę, oczom ukazały się uwaga, tamdaradam: powykręcane drzewa, prawie jak w krzywym lesie nieopodal Gryfina. Może nie jest tak spektakularny, no na pewno nie jest, to jednak dzieci miały wspaniały ubaw pokładając się na nich. Przy dobrej pogodzie zdecydowanie polecam spacer w tamte rejony. Idąc dalej, w stronę Piasków, przy brzegu zrobione są solidne umocnienia zalewu z kamieni i drewnianych bali. Nie mam niestety ani jednego zdjęcia, a fajnie tam się chodzi i ciekawe to miejsce do zarzucenia gruntówki, czy spinningowania.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tree

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tree

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tree

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tree

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tree

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Włochaty Pan spod kory

Wreszcie, po pierwszym, upalnym i wspaniałym dniu plażowania, kiedy przed oczyma miałem pomysły i możliwości większe niż dnia poprzedniego, nadszedł dzień sądu. Nie mogło być zbyt dobrze, bo czemu tylko my mamy się kąpać w ciepłej wodzie, prażyć na słońcu i skakać w fale.
Woda została po prostu naszpikowana meduzami. Dnia poprzedniego, kiedy chłopcy znaleźli raptem cztery, a starszy z siatką nie chciał wyjść z wody (jakby był na rybach), nawet się cieszyłem. Tymczasem, w takiej sytuacji, byłem wręcz obrzydzony i przerażony na zmianę. Niby nic się nie dzieje, niby galaretka, ale to żyje i mi się obślizguje. Nie wiem czy ja temu zrobię krzywdę, czy to się na mnie rzuci, oczywiście zamartwiam się o dzieci. Z tymi jednak problemu nie było. Wszystkie dzieci na plaży biegały za meduzami, rzucały do wody, aby zaraz znieść je z powrotem na brzeg itp. Skończyło się po prostu szybciej niż przewidywaliśmy i zabraliśmy się na ryby!

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Państwo stonki

Na piaszczystym piasku leżała sobie stonka. W garści taka jakaś niemrawa i niechętna do ruchu. Wystarczyła jednak druga, leżąca półtora metra dalej, żeby zaczęła się prokreacja. Bez gry wstępnej, bez jak widać nawet otrzepania się z piachu, Pan stonek wyciągnął zza pancerza swoją szpilę i starał się ukłuć Panią jak szybko się tylko da!

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Ptaki

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Meduza

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Chyba się nie wygrzewają

Aby na ryby iść jak najbardziej legalnie i bez żadnej wtopy, postanowiliśmy zadzwonić do bosmanatu aby dopytać się na jakich warunkach można łowić w morzu i zalewie wiślanym, który mamy po drugiej stronie mierzei. Gdyby ktoś był zainteresowany kontaktem, serdecznie polecamy: Bosmanat Portu Krynica Morska, 82-120 Krynica Morska, ul. Górników 2 – tel.: +48 55 247 6076, fax: +48 55 247 6076.
Pan, nie dość, że przemiły, to posiadał także ogromną wiedzę. Tak więc, od ręki zapytał kto będzie łowił i zaproponował abyśmy sprawdzili cenę za tydzień łowienia, bo przewidziane są różne ulgi, a nas mogła by zainteresować opłata za łowienie familijne, czy rodzinne. 😛
Po opłaceniu, w naszym wypadku raptem 30,00 złotych, co było jedną z tańszych atrakcji, wystarczy wybrać się nad wodę. Nie potrzeba karty wędkarskiej, a przy sobie warto mieć potwierdzenie przelewu powyższej kwoty ze swoimi danymi.
Nie szukaliśmy miejsca daleko. Dzień wcześniej z mini mola wypatrzyliśmy miejsce, gdzie może być ciekawie i łowiliśmy przy porcie w niewielkim kanale. Zachodzi się tam od strony wesołego miasteczka, które też gorąco polecam. Może ceny nie są niskie, ale za to w miarę rzetelnie się każdą atrakcją ktoś opiekuje, nie jest to rozkręcane i skręcane co trzy dni, no i przede wszystkim samochody. Niezłe wrażenia jak na elektryki, a i czasowo, po dwóch jazdach wszyscy się wybawiliśmy.
Wracając jednak do łowienia. 😛 Miejsce bardzo fajne, ale max do godziny 19:00, kiedy to budzą się komary w ilościach nieprawdopodobnych. To samo miejsce, oczywiście po tym jak już zdecydowaliśmy, że tam idziemy, podpowiedział nam nasz gospodarz, co tylko utwierdziło wybór.
Połowiliśmy raptem kilka godzin w ciągu dwóch dni. Wynik, to ze 25 babek, które jadły kukurydzę i wszystko inne, a także rzucały się na robaki numer 5, które zakupiliśmy w pobliskim sklepie. Dziwne, bo robak był ich wielkości, a to rybka raczej niewielka. Starszy Pan raz złapał coś ciekawszego, a mianowicie chyba największą w swojej karierze i chyba płotkę, a radości nie było końca. Liczyliśmy, że wreszcie skończyły się te żarłoczne babki.. Niestety, tylko przypadkiem złapało coś innego. Udało się nam za to posprzątać śmieci porozrzucane na miejscówce, żeby nie było, jak „prawie” zawsze!
Łowiliśmy tylko na spławik, a na haczyku było robactwo i kukurydza. Tylko na spławik.. Bo podczas montowania wędki w pokoju, szczytówka cyknęła o sufit i kicha, po wędce spinningowej.
W międzyczasie, Pan młodszy starał się uwiecznić wszystko na video, niestety kamera w tablecie została zakryta palcem, więc z materiału nici.

Wszystko fajnie, szkoda tylko, że tak krótko!!!

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

To tak aby się na stonce nie kończyło. 😛

Zwycięski Remis, Naszej Polski..

„Znam temat piłki nożnej, oglądam wszystkie ostatnie mecze. Lewandowski jest słaby, powinni go zmienić, tak mówią wszyscy.
A Mączyński jak gra?
Kto?
A co to spalony?
Jakby leciał mecz to bym Ci pokazała.”

Znam temat. Grają co jakiś czas, zwykle to w klubach. Czasem jest reprezentacja, to się spotykamy. Zwykle trąbią o tym wcześniej w telewizji długo. Mam piwo, mam czipsy, na mecz idę, znam się i jestem kibicem… Naszych!

Nie jestem coachem, piłkarzem, chciałem. Całe lata grałem w CM i znałem każdego piłkarza w 2005 roku, z każdego praktycznie klubu. Do szkoły nie chodziłem, a grałem w managera piłkarskiego, zdarzało się. Nie będzie to tekst fachowca, będzie człowieka, patrioty, który obudził się rano ze łzami w oczach i do teraz nie może ich powstrzymać, choć by temu zapobiec zrobił już prawie wszystko. Powiela się teoria w czynie, że dobrze się tworzy z uczuciem..

W sezonie (Roku powiedzmy), masz przykładowo 56 spotkań. Są to mecze ligowe, puchary, jeśli dobrze pójdzie, liga mistrzów itp. Czasem trener Ci odpuści jak jesteś Lewandowskim, chce Cię mieć na 200% w konkretnym meczu. A Ty zapier.. Dzień w dzień treningi, przygotowanie do kolejnego spotkania, oglądanie przeciwników, uczenie się ich ruchów. Taktyka, jak w szkole, inny zestaw zagrań na ten mecz, inne priorytety, inny styl gry.. K… jak aktorstwo, tylko fizyczne i umysłowe, oceniane przez pieprzone 90 minut….
Siedzisz i kujesz zagrania, koncepcje, style, na ten mecz.. Po nim ma być następny, może.. Na ten, na ten jeden mecz! Jesteś profesjonalistą, to twoja praca, na ten mecz!
Dzieci ćwiczą od malutkiego.. A potem jest ku… ten jeden mecz.. Życie.. Kariera..

Tekst: „Nic się nie stało”.. Żenada!!!

K…. nawet nie wiedziałem, że tyle to dla mnie znaczy. Wiedziałem, mówiłem, jakbym sam grał, 12 zawodnik, moje marzenie. Koszulka reprezentacji i mecz na prawdziwym stadionie.. Zawiodłem.

Może źle kibicowałem, nie patrzyłem na walkę każdego z nas indywidualnie, trollowałem przez cały ten czas coś konkretnego, jakieś z ogniw. Wierzyłem, chciałem, zje..

A Oni walczyli, pracowali, cały ten czas!!!

Rozwaliłem ścianę pięścią, którą Tata właśnie zaszpachlował. Pogniewałem się na brata, który ją sobie wymalował.

www.jaskorpion.wordpress.com-3

Czuje, że jako kibic, Polak, mężczyzna, syn i ojciec mogłem zrobić więcej. Mogłem z dumą krzycząc, trzymając rękę na piersi, jak podczas meczu z Irlandią wyśpiewać hymn. Mogłem przygotować i wykorzystać każdą możliwość przybrania barw narodowych. Dużo mogłem, a tego nie zrobiłem. Czuł bym wtedy może to co Nasi, Nasze Orły! Jestem chujowym kibicem, a Wy Panowie jesteście niesamowici. Wybaczcie, to osobista porażka.

Ile razy w życiu idziemy do przodu, jesteśmy lepsi z dnia na dzień. Staramy się idąc małymi kroczkami, czasem niedoceniani. Jesteśmy mimo trudności i coraz większych, wyższych braków, kłopotów coraz bliżej, jesteśmy pewni siebie, idziemy w nieznane. Zapominamy o ważnych rzeczach.
Przestajemy atakować, robimy to, co robimy co dzień z przyzwyczajenia. Nikt nie brnie w ciągły rozwój i ciągłą walkę. Mało kto z mi znanych osób, choć rodzynek się znajdzie.
Czym na prawdę jest ten świat? Walką o siebie i swoje wartości.
Z przyzwyczajenia kibicujemy, a to dziś mecz?
Oni pamiętają co dziennie, co noc..

Przychodzi jednak moment, kiedy w najlepszej chwili powija nam się noga.
WTF myślimy, jak to, nie możliwe… Padamy..
Właśnie mieliśmy coś na wyciągnięcie ręki, coś wielkiego, czego nam wciąż brakuje. Jako Narodowi i każdemu z Nas, jako pracowitemu Piłkarzowi i Trenerowi, przede wszystkim!
To wiara w siebie, bliskość, pewność, że jesteśmy braćmi, rodziną, znajomymi, w jednym kraju i z jednym, tym samym celem. Rzucamy wszystko, żeby ten cel przeżyć, czuć, zdobywać razem, wśród podobnych do nas ludzi, z różnymi możliwościami, umiejętnościami, lecz tym samym językiem, rozumieniem świata i choćby wspomnieniami, z dumną Historią!

Dziękuję bardzo Panowie i bardzo przepraszam. Jesteście wielcy!!!

P.S. Pokażmy, złączmy się z tym na dłużej. Bądźmy dumnym narodem, kochamy Ojczyznę, bo Ona Nas kocha i na Nas liczy. Od Nas zależy, czy Nasze dzieci będą znały ja tak jak My, dbały o Nią i pamiętały.

Kuba wrócił dla mnie swoją wartość po tych stratach w kilku meczach eliminacyjnych. Walką w mistrzostwach zasłużył na szacunek, choć był jednym z niewielu do których miałem pretensje, jako do profesjonalisty. Zrozumiałem, że może nie czuł się po kontuzjach pewnie, może morze co innego. To nie ważne teraz, żałuję. Wtedy drużyna Ci pomogła, teraz Ty oddałeś serce drużynie. Podjąłeś k… ta walkę, zaryzykowałeś, oszczędzając wstydu, strachu, a może właśnie dumy kilku innym. Mimo, że poprzedniego karnego ze Szwajcarią strzeliłeś słabo, poszedłeś. Pewnie się nie wyrywali..
Jesteś odważny, wziąłeś odpowiedzialność. Jedno niecelne uderzenie tego nie przekreśli!
Dziękuję Kuba! Pokazałeś jak wrócić hejt w szacunek i wiarę!

Myślę, że wielu z nas znajdzie w sobie taką porażkę, która miała być wielkim sukcesem. Nie odpuszczajmy,  zostawmy w tym ferworze Biało Czerwonych i zostańmy przy okazji na mistrzostwach!!!

#Islandia #BiałoCzerwoni #JestMoc #…Haha

Fort Okęcie po Paniowemu

Mam taki niespełniony sen, by odwiedzić wszystkie Warszawskie forty. Byłem już w dwóch, jednak z pierwszego na razie nie mogę udostępnić zdjęć. Drugim odwiedzonym fortem, był ten na moim pracowym Okęciu, a tam natknęliśmy się na pomnik. Oboje byliśmy zdumieni, że to akurat tu… Polecam poczytać.

http://pani-ironia.blogspot.com/2016/03/ostatni-lot-kopernika-mineo-36-lat-od.html

W moich oczach – Polski Dublin

Trzy dniowa wycieczka do miasta tramwajów, kamienic, sukni ślubnych i optyków zakończona sukcesem! Zwiedziliśmy prawie wszystko co zaplanowane, załatwiliśmy co do załatwienia się kwalifikowało, wróciliśmy zadowoleni. Droga jak widać była piękna, do wieczora kiedy to śnieg zaczął sypać coraz mocniej i częściej. Pierwsze wrażenia? Pamiętam to miasto z dwóch wyjazdów, raz aby odstawić auto firmowe i dwa, kiedy brat zdawał na architekturę. Jakieś urywki, bez spacerów, zwiedzania, przyjazd i wyjazd. Tym razem miało być inaczej..

Z krążących opowieści i małych doświadczeń ukazywał mi się obraz przerażający i zabawny zarazem. „Tramwaje tam wyjeżdżają z bram”, „Wszędzie są tramwaje” i tym podobne. Okazało się, że będzie pierwsze i drugie. Faktem, że tramwaj jest równoprawnym uczestnikiem drogi, jedzie jakby też po ulicy. Bardzo ciekawe.. Gdyby tylko ludzie myśleli i podsuwali się pod prawą krawędź drogi aby ten spokojnie mógł przejechać, nie! Pani motorniczy wysiada i upomina kierowców w dwóch autach.. To na tym się skończyło.. Tramwaje są różne, chyba wszystkie możliwe. Od starych rupieci, ogórków o urokliwym i sentymentalnym wyglądzie, do nowoczesnych niskopodłogówek. Pajęczyny drutów i przewodów nad większością ulic tworzyły niesamowitą wiązankę, a w połączeniu z latarniami i dziesiątkami kratek, zasłon, sieci i rusztowań przy zniszczonych kamienicach po prostu jedność. Coś pięknego w swojej prostocie, zachwycającego architekturą i zabudową, ciekawym pomysłem na komunikację i wiele, wiele innych rozwiązań, które urzekły mnie, niczym jedno z najpiękniejszych miast w jakich byłem, Dublin. Nie było by Dublina bez jego króla, Guinness’a można by powiedzieć. Ano nie było by. To zacne piwo jest także w Polskim mieście w Irish Pub’ie, a to oczywiście na ulicy Piotrkowskiej. Nasłuchałem się o niej wiele, wiele dobrego i sprawdziło się doskonale. Najpiękniej jednak było dalej, gdzie nie ma drogich sklepów czy knajp. Tam stoją prawdziwe cuda, niesamowite budowle, których Irlandzka stolica mogła by tylko pozazdrościć, a Warszawska Starówka, to tu kilka ulic.. Reguła, że im piękniejszy, tym bardziej zniszczony, niestety. Patrząc na zdjęcia w wyszukiwarce, pozostaje tylko zebrać szczękę z blatu. (Pub, Gienia oraz Grimbergena polecam koniecznie, ma ten klimat. P.S. Proponuję zejść w zimę na dół schodkami!).

O Skrze cała prawda

Pewna Pani
Subiektywna pewnie

O pewnym stadionie
Pewnego klubu

Z pewnym Panem
Pewnie na przód

Z pewnie otwartymi
Rozlegle pełnymi

Nieba błękitnego
Jeziora szmaragdowego

Zanurzonymi
Oczyma

Polecam: Umierający stadion „SKRA” 🙂

P.S. Szpilki poszły w ruch!

SKRA Warszawa

Nie będę pisał i się rozwodził na temat co i jak oraz skąd, bo nie wiem z 1 ręki i nie zamierzam kopiować tego, co już jest na internetach. Napiszę jak jest i co widzieliśmy na własne patrzałki.

Ka, po obejrzeniu zdjęć pewnego blogera z Łodzi, postanowiła udać się na pobliski stadion Skry, który od lat jest zaniedbany. Przykładem jego chyba poszli Grecy, których budowle po olimpiadzie przedstawiają się w podobny sposób i za pewne podzielą losy stołecznego stadionu.

Wejść można/nie można, jedynie przez siatkę. Z Jednej strony jest firma, która zajmuje się wymianą opon, a z drugiej, po wskoczeniu na metrowy murek mamy siatkę, którą wystarczy odgiąć. Po wejściu, przechwyciłem aparat mojej Pani, a ta oczywiście, „nie potrzebująca pomocy” – ucałowała łukiem brwiowym wystający pręt.. Czapka nie zamortyzowała uderzenia. „Pierwsze koty za płoty”, to dobre określenie w tej chwili. Czapka na jej głowie, to dwoje uszu i słodkie wąsiki! Na szczęście jesteśmy twardzi i się nie zniechęcamy. Ruszyliśmy w obchód. Nałaziłem się jak głupi z góry na dół, oglądając każde wejście. Na jednym zdjęciu jest odgięta blacha w drzwiach, jednak do środka się nie dobraliśmy. Bez latarki – nie polecam. Na kolejnym ze zdjęć, są pomarańczowo-żółte blaszane drzwi, które jak mniemam były otwarte. Wydaje mi się jednak, że z powodu zmian temperatury zacisnęły się tak po prostu. Po chwili szarpania, odpuściłem..

Stadion w totalnej ruinie. Wokoło, od zewnętrznej strony, kilka firm jeszcze wynajmuje pomieszczenia. Aby nie lało im się na głowy przez dziury w dachu, a może aby woda nie stała, porobione zostały prowizoryczne odpływy z rozsypujących się rur.
Dziwi mnie fakt, człowieka mieszkającego nieopodal zakładów Ursus, że tyle metalu leży na wierzchu. W moim Piastowie nie zostało by ani kawałka. Tu widocznie, złomiarzy to nie interesuje. W stolicy są chyba lepsze możliwości zarobkowe. 😛
Ciekawostką może być, że w 5 lub 6 wejściu od lewej strony, tam gdzie wulkanizacja, całość wejścia, aż pod sam sufit wyłożona jest oponami. Trochę to daleko od punktu, gdzie je wymieniają, dlatego mnie to zaskoczyło. Chyba domyślamy się skąd w pobliskich basenach z których mam tylko zdjęcie zjeżdżalni tyle ich? Hmm.. A może po prostu składują je od lat lub nie Niestety na dalsze zwiedzanie okolicy było już za ciemno dla mojego mega-sprzętu… Będziemy wybierali się tam raz jeszcze ponieważ nie wszystko zostało przez nas wyeksplorowane! :)))

Zdjęcia udało mi się chyba umieścić w kolejności w jakiej obeszliśmy stadion.

Polecam spacerek chociażby w tamte strony!

Skierniewicki wrzesień – 30.08.2015

Powtórka z wydarzeń w parze
Bolesnej wspomnienie historii
Ułamek odwagi oraz rezygnacji
Na rynku oka, ucho słucha teorii

Rezygnacji z siebie dla siebie
Dla nas, was, dla ojczyzny, z marzeń
Łapmy za broń, słychać strzały
Idą bezwzględni faszyści, proszę, dajmy radę!

Najbliższy sąsiad zawistny
Zadeptać nam plony głodny
Zagarnąć cząstkę naszej spuścizny
Orła Białego Polskę chcąc podbić

W żarze z nieba płynącym
W bomb chmurach gorących
Poczuj piekła tego mały rąbek
W naszych od łez oknach mokrych

Na betonie zmuszony klękam
Myśli modląc za Polskę
Składając dłonie ku niebu
Skierniewicki wrzesień przypomnę

W głowie wciąż tkwi nadzieja
By czyn nie poszedł na marne
Lufa krzyczy oziębła do skroni
Różne powody nimi kierowały

Wszystkim na koniec będzie dane
Pamiętamy i wy pamiętajcie
Zapewniam, na swoje każdy zasłużył
Nie będzie wam to zapomniane

W jednej chwili burza w piorunach
Samolotów szus nad głową
Zmieniają miasto, ojczyznę naszą
Lecące szeregiem, kolejna bomba za bombą

Jedna chwila trwogi w niemocy
Sekunda smutku oraz zmartwienia
Przeleciała w głowie biało czerwona iskra
Dopóki żyjemy, jest w nas nadzieja!

Chwała ojcom, dziadkom, bohaterom
Chwała ich walczącym dzieciom
Chwalącym chwilę ich poświęceń
Cierpiącym duszom, na pamięć wieczną

Odgrywając odwagę, męstwo i poświęcenie
Czując lufę, ugiętą pod ciętą Orła blizną
Co od głów, w skroń mierząc, bezwzględnie wymagała
Spod nóg bohaterów dziś, wstydliwe się wywija

30 sierpnia 2015 roku, odbyła się już po raz drugi, rekonstrukcja obrony Skierniewic przed niemieckim okupantem. Miałem przyjemność uczestniczyć w tym widowisku jako widz, które od podstaw tworzą moi bracia, siostry, wujkowie, ciocie oraz znajomi i ich znajomi. Wielkie gratulacje dla wszystkich!!! Wierzę, że nie było łatwo, ale wyszło świetnie!!! Duża dawka historii i teatru, zwieńczona pyszną, żołnierską zupą z kiełbasą!!!

W hołdzie wszystkim uczestniczącym w wydarzeniu oraz przede wszystkim tym walczącym, taki skromny wiersz wyszedł..

Zdjęcia niestety słabe, robione z daleka.. Dwie pociechy Kochane zapewniły mi zajęcie, gdyby spektakl mnie nudził.

Pozdrawiam JS

Niepracujo.pl (1) – Park Szczęśliwicki

Mhmm.. Jest nowa idea, właśnie dziś nadgryziona first time, jednak na razie startowana będzie tutaj. Na razie też, wyłącznie Skorpion się przyłoży, bo mu się nudzi, choć plany są szerokie jak niebo… 😉

Niedawno spędziliśmy dwa dni, leżąc na kocu w parku Szczęśliwickim, w Warszawie. Pyszne pifko, które polecam i nasza kochająca się dwójeczka, Skorpion i SkorpionKa…
Okocim pszeniczny, bił się z Ciechanem o pierwsze miejsce w naszym gardle! Pogoda wyśmienita, cieplutko, w miarę spokojnie. Niesamowite ile przez pół dnia, udało nam się zaobserwować ciekawych sytuacji. Olśnieni jesteśmy przede wszystkim Kurką wodną!

Kurka wodna na Wikipedii

W parku był opis tegoż ptaka, a najbardziej podobała mi się końcówka. Kurka nie boi się ani kaczki, ani gołębia.. I tak idąc tym tropem, wlepialiśmy się w otaczające nas dookoła ptaki.
Tak więc Kurki, spostrzeżenia.. Jak zdążyliśmy zauważyć, im starsze, tym większa, ta biała narośl na głowie. Oczywiście im większa, tym więcej do powiedzenia miała, tak samo jak z obowiązkami. Od początku kręciły się w najlepszym chyba miejscu, gdzie usytuowane było gniazdo. Mimo, że kaczek w około nie mało, żadna kurkom w drogę faktycznie nie wchodziła. Jeśli o nie chodzi, najciekawszy był moment, kiedy matka z dzieckiem zaczęli rzucać chleb z mostu. Kurki od razu rzuciły się do niego, napełniając brzuchy do syta. Chleba było tyle, że nie mogły go przejeść, ale nie było mowy o pozostawieniu go, samowolnie pływającego po wodzie. Po krótkiej chwili, spod mostu wychyliły się kolejne trzy kurki, które łypały oczami w kierunku jedzenia. Jak się okazało, każda z trójek ma swój rewir! Ten dla jednych zaczyna się, a dla drugich kończy właśnie w pasie mostu przecinającego wodę. Tak więc, póki te z drugiej strony nie przekraczały granicy rewiru, nic się nie działo. Wystarczyło jednak, by jedna z nich podpłynęła choćby metr, aby prawdopodobnie rozjuszony tatuś dał im lekcję, pokazując kto tu rządzi i gdzie ich miejsce, a także do kogo należy pożywienie. Tak więc trwało to około 20-25 minut. Na okrągło odpływał i zaraz odwracał się, znowu rozbiegając po wodzie we wściekłym ataku. Walki nie było, chyba z tytułu hierarchii, strachu czy rejonizacji właśnie, ale było bardzo ciekawie. Finalnie, przeżarte kurki pozwoliły najeść się także kaczkom, które jakby w pewnej chwili dostały znak, że teraz mogą podpłynąć i pojeść. Całości dokończyły ryby, które jak w wir chleb wciągnęły! 🙂

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Nieco później, zaczęła przechadzać się koło nas parka gołębi. Chyba wpadły w aurę naszej miłości i po chwili tańca godowego zaczęły się słodko pocierać szyjami, unosząc głowy w górę i w dół. Wyglądało to bardzo romantycznie! Na nieszczęście Pani gołębicy, to był już koniec zalotów. Gołąb dosiadł ją bezczelnie i po kilku sekundach jak prostak odleciał. Ta, po chwili zawahania poleciała za nim i tak ganiała go przez jakiś czas. To chyba był już etap małżeństwa ptasiego. Co by nie mówić o gołębiach, że głupie niby, to ta scena była wyjątkowa, ale procesu pocierania się szyjami nie dałem rady uwiecznić.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Swoją drogą nie przypuszczałem, że Warszawa może być miejscem, gdzie w ciszy i spokoju można posiedzieć i się zrelaksować. Do tego mając na oku piękną Polską przyrodę! Ile ciekawsze jest zwykłe posiedzenie gdzieś z ukochaną osobą, jeżeli ma się oczy szeroko otwarte i kawałek oka mrugającego! Nie obyło się bez prezentów, owadów, oraz niestety, smutnego kwiatuszka.. Może po prostu był już stareńki. 🙂

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Dorzucę jeszcze zdjątka mojej połóweczki, jak się ogarnę i coś do poczytania jak podeśle! 🙂
P.S. Po za minimalnym wyostrzeniem.. z 15%, 2 zdjęć z kurkami, które wyszły słabo, oraz wyprostowaniem tych z gołębiami, zdjęcia znowuż, wyjątkowo nic nie magikowane!

„M2 Nieobiektywnie” – czyli Nasz pierwszy raz z Ka!

Zapowiadam, publikuję bo nie mam siły, a już dosyć się nabazgrałem. Cudnie widać całe Skorpion’a pisane wywody, H2O płynie, ja razem z nią. Muszę się nauczyć, na temat, na temat, trzymaj się tematu, wróć do tematu, to nie temat, to nie związane z tematem, tu nie ma nawet litery z tematu, wróć i wnioski wyciągnij. Metro… miłego!

Serce się cieszy, że przyzwoliła opublikować swoje myśli moja Kochana.. Kawałek, rąbek, ułamek wyrwany, jest dla mnie pożywką. Więc smaki spijam…
Tekst poniżej, to osobista recenzja Szanownej Panny, jak można się domyśleć czytając oczywiście… Ech, to właśnie zlewane wodą, moje opisy!
(Mój tekst o metrze jedzie jak ono, po nitce szybko i krótko, a się potłumaczę, taka trasa. Reszta zlana woda, o wszystkim i o niczym, bóle, jęki, żale).

Dziewczyna, Kobieta, pewna siebie, wspaniała i wyjątkowa, która to sobie tylko do poduchy klei słowa…
Panna K E.T, niejednokrotnie wspominana na skorpiona blogu w minimum, co drugim wierszu, czyli Panna „KA”, moja Wspaniała! Wróżka, która nie wierzy, że one istnieją, moja Ukochana, której zawdzięczam chociażby tego bloga, większą pewność siebie, której brakowało ostatnimi czasy, dumę z tego, kim jestem i co robię… Przede wszystkim dała zaufanie, które ważne jest w życiu wyjątkowo. Dobrze wiedzą to Ci, którzy dobro wewnątrz noszą i nim się kierują, na co dzień lub chociaż by chcieli i po malutku próbują, a to nie łatwe. „Szczerość przy nadziei obradza” tak powiem ładnie, licząc, że nikt tego nie wymyślił i będzie to cytat autorski Pana Skorpiona :P! Rozwikłać potrafi niejeden problem, musi tylko być przede wszystkim!
Miało być o Warszawskim metrze, tymczasem jadowity już się rozwodzi*.

(1) – M2 Nieobiektywnie by K.E.T.

„Dziś, pomijając oczywiste radości wynikające z celebracji Dnia Kobiet, miasto uraczyło mnie darmową przejażdżką właśnie otwartą, drugą, linią metra – M2!
Ci, co mnie znają doskonale wiedzą, że forma rekreacji sprowadzająca się do wszelakich podróży komunikacją miejską jest dla mnie nie lada wyzwaniem. I mowa tu nie tyle o wyzwaniu dla ciała, co dla ducha.
Jak rasowego obywatela naszego pięknego kraju, jak coś jest za darmo, i nie jest to dostanie w pysk, to się bierze. Więc i ja poszłam tym tropem…
Historycznie rzecz ujmując budowa drugiej linii metra ruszyła gdzieś w połowie 2010 roku. Co oznacza, że po dodaniu prac przygotowawczych przed startem samej budowy – druga linia powstawała ok 6 lat. Niezbyt biegły w rachunkach umysł szybko wyliczy, że to wychodzi prawie rok na jedną stację. Niezłe tempo.
Przy okazji, absolutnie nie chcąc być złośliwą, dodam, że londyńskie metro w XIX w. Wyglądało bardziej imponująco niż nasze teraz. I nie mam tu na myśli wyglądu w sensie odczuć wizualnych a takich czysto „objętościowych”. A skoro już o wizji mowa to specjalnie też nie porywa. Choć widać tu oczywistą spójność. Literki na każdej ze stacji zaprojektował leciwy już mistrz Wojciech Fangor. I może właśnie dzięki niemu nie mamy znów stacji w historycznym stylu „od Sasa do Lasa”.
Szkoda tylko, że na każdej stacji na bocznych ścianach schodów ktoś bezmyślnie ulokował płyty przypominające kolorem ślady po spływającej rudo-rdzawej wodzie. O ile z przyczyn oczywistych sprawdzi się to idealnie na stacjach w okolicy Wisły – to na pozostałych już nie widzę równie sensownego wytłumaczenia. A skoro już o schodach mowa – to nie obeszło się bez awarii – i to aż na trzech stacjach drugiej linii. Niezły wynik jak na siedem stacji pierwszego dnia…
Wrażenie robi stacja Stadion Narodowy, będąca największą stacją warszawskiego metra. Warto tu dodać, że kosztowała tyle, co lotnisko w Modlinie. I to nie jedyna zbieżność tych dwóch miejsc. Imponująca stacja w środku niczego – aktualnie straszy pustkami. Co może się zmienić?
Wrażenia wizualne wzmogły urokliwe obicia siedzeń w wagonach. Wiem, wiem, dla niektórych to żadna nowość, ale dla kogoś takiego jak ja; korzystającego z komunikacji miejskiej od święta do święta – to coś nowego. Miałam okazję usiąść na latającej Nike i wymachującej na barbakan szabelką Warszawskiej Syrence. Ładnie.
Odbiór stacji urozmaica znany głos Macieja Gudowskiego. Najbardziej podobało mi się radosne „Stacja Nowy Świat”. I nie żebym miała coś przeciwko; w końcu głos wybrany przez warszawiaków – niewątpliwie najlepszy z proponowanych przez miasto.
Długo jeszcze bym się mogła rozwodzić o swoich odczuciach z podróży, ale darowanemu koniowi itd. A ponieważ było za darmo to zostawię swoje wywody dla siebie. Niemniej jednak „wycieczkę” polecam chociażby w celu wyrobienia sobie własnego zdania na powyższe. Niestety wycieczka nie będzie już ani darmowa (od poniedziałku płacimy normalnie) ani tak kameralna (słoiczki wrócą do stolicy, więc przewiduje się szturm na M2).
Bez odbioru.”

Powyższy tekst – Autorstwa K.E.T. 
Ta również została skażona majestatycznym znakiem Jej Królewskiej Skorpion’owatości. Wszystkie cechy rasowego skorpiona w czystej formie! Uwieeelbiam! Poniżej moje słowa, przemyślenia – Ja Skorpion’a!
Tak mnie ukochana pobudziła, jak to potrafi tylko Ona, w środku nocy…
Głuchej i cichej…
 
Ciekawie opisane! Osobiście, (wyłącznie) w celu wyrobienia własnego zdania, na pewno się nie wybiorę. Byłem na otwarciu pierwszej linii metra M1, niestety po otwarciu. Jak to przeciętny obywatel, niepodróżujący zwykle w czasie świąt, czy to podczas uroczystości otwarcia, (co bym mógł zaoszczędzić, poczuć, że z przywilejów korzystam) niestety sam musiałem zapłacić. Jak to Polak, taki zwykły, szary, dobry człowiek, co po tyłku dostanie albo nie dopcha się do koryta (tu korytem oznaczyłem możliwość darmowej przejażdżki, jednak temat znacznie głębszy). Ale nie dla mnie.
   
Moim skromnym zdaniem – Jako tester’Ka, sprawdzacz’Ka, opinię niosąc swemu rodowitemu miastu, a wspólnej stolicy dajesz radę. Powinna wizyta ta, starczyć za odwiedziny połowy Warszawy, co najmniej! Mnie to wystarcza, dumna, aczkolwiek nieco smutna Warszawianko. Współczuję, rozumiem, częściowo popieram, nie jesteś sama, pamiętaj! Powodów znajdziemy dziesiątki, jednak jest jeden wyjątkowo ważny dla urodzonych i zamieszkałych w konkretnym miejscu, tych właśnie miejscowych, zasiedzianych od czasów dziada pradziada, kto zgadnie?
Wiele miast większych tarmosi ten sam problem. Tyczy się to też małych, na przykład mój mały Piastów! Stał się w lat kilka sypialnią stolicy, bez miejsca na wypoczynek, oddech, rekreację czy choćby możliwości posiłku na mieście.
Słoiki, słoiczęta, weki, stare słoje, po których wiek poznać można oraz twisty!
Dla was też jest metro, Hurra! W Warszawie, więc zapraszamy. Cieszmy się wszyscy, ponieważ w reszcie mamy! Nić, nitkę, krzyżyk z dwóch nitek, dwóch eMek. Małą, bo małą, ale co z tego, skoro do celu niczym Tezeusza poprowadzi, nawet więcej zawiezie, a nie zmęczy drogą niczym prowadzonego po sznurku biedaka. Zwijać nic nie musimy, plątać, chociaż zwijać można. Jak najprędzej radzę, biegiem ze stacji, jeśli nie mamy tekturki czy karty ZTM city-traveller umożliwiającej bezproblemowe przebywanie na terenie obiektu i podróż komunikacją, uprzednio uszczuplając portfele. „Pracuj by podróżować, podróżuj jednak nie za daleko od pracy, bo nie będzie, za co” takim faktem koło nam się zamyka!
    
Pojadę na próbę, a co jednak tylko pod pewnym warunkiem moja Droga.
Zgodzić się musisz i chętnie z promiennym uśmiechem oprowadzisz obywatela, bratniego Skorpiona, poniekąd, jako bardziej doświadczona podróżniczka (miastowa). Nowa linia metra – krótko M2, czeka na Nas dwoje! Okrzyknę Cię tytułem osobistej Pani przewodnik! Obiecuję trzymać się blisko, bliżej.. baaardzo blisko. Oczywiście za rękę iść oraz nie wychodzić po za wyznaczone linię. Przede wszystkim jednak nadając Ci tytuł zapewniam, że tym razem zrobię to po cichu, po co tłumy gapiów mają się wlepiać i w weekend opowiadać, co to się nie wyprawia w tej Warszawce.
Odwdzięczę się, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zabiorę na ten przykład w kwietniu na rajd taczką do PST! Może się spodobać.. Na pewno, czytaj, trudne zakręty, nietuzinkowa trasa, niebezpieczeństwa na każdym metrze i mimo niewielkiej wydawałoby się szybkości, emocje pewne, większe niekiedy, bo z Kochanymi! Wspomnę, aby wzmocnić i zbudować chęciom podkład, jak wciskając gaz podczas zimy, skręcała Mała, ślisko na drodze.. Antoś na krosie poleciał bokiem, mimo, że niby jak kot na cztery nogi.
Delikatnie pokażę wodolejstwo, nie usunę wszystkiego niezwiązanego z tematem przewodnim – już wracam! Do pisania o metrze oczywiście…

Jak już zauważyłaś, szału nie ma, miejscami zupełnie bez pomyślenia, jak i pierwsza linia, a przecież świat Przykładem świeci, podsuwa, błaga, aż się prosi, żeby coś porównać, zapytać, chociaż pojechać, zerknąć, samemu sprawdzić…  Kurde…!
Suma summarum – POMYŚLEĆ, a nie trwonić kasę publiczną. My Polacy jesteśmy przyzwyczajani od lat, więc znamy doskonale te bóle, żyjąc w tak pięknym Kraju, nieprawdaż?
Takie drobne ciekawostki przedstawię zaraz, nie wszystkie ściągnięte, lecz także i własne doświadczenia z metrem związane, a raczej z funduszami nań. Pytania padły rzecz jasna do wszechobecnego wujka G, z którym przyszło mi się w pracy bratać lat trzy już.
Warszawskie metro… Achy i ochy, zachwytów nie ma końca, a fakty takie, że blado, bladziej, z tyłu, pod plecami, szkoda no znowu, zostaje tylko – smutne Polaka eeeech…
Pierwszy transport szynowy jak mówi Wiki, to wyżłobione w drodze „powiedzmy” tory niosące się linią Diolkosa. Szczyt techniki ten o długości około 6 – 8,5 km, działał począwszy od około 600 p.n.e. Dawno, rowy w drodze, a ewolucja nas chyba ominęła po troszku. Jakby zaczęła i od Nas uciekła, przykre. Wojna, zazdrość, teraz za to mentalność rodaków zabija wszystko. Wszystko, co i gdzie się da ginie, co i gdzie można, to się oszuka, okradnie. Panami świata byli byśmy, tylko, po co? Wystarczy życie w pewnym, samowystarczalnym kraju, bycie traktowanym jak członek, brat, siostra czy rodzina, a nie, co się patrzysz chamie, zaje… Ci? To nie pytanie, znamy odpowiedź. Dają – bierz, Biją – spier… Nie, wstań i walcz! Coś mi się wydaje, że nie popuszczę cięgów i temat szybko wróci. Tymczasem ja wracam do eM2a. Tu parząc okiem, jako już przeszło trzydziestolatek, czas mija, człowiek się starzeje, dzieci duże rosną i zaraz się rozpocznie Armagedon psychiczno-umysłowy, a w drogach Polski, co mamy, znów zagadka, No, kto powie? To samo, co Diolkos wymyślił, brawo, gratuluję, tylko, komu. HGW, Bronkowi, Jarkowi czy Smudzie? A może księdzu Rydzykowi? Cholera, kolejny temat rzeka. Rodzice, dziadkowie wierzą nadal chyba tylko dla tego, bo, zostali tak wychowani, niby ja też, jednak postęp, za którym niechętnie podążam, to, co dostrzegają moje oczy krwawą plamą na podłodze parafii. Dziękuję, wiara jest w sercu, a przede wszystkim w siebie, w moją Ukochaną Ka, w Nas, w dzieci nasze, wszystkie. Liczę wciąż, że się zmieni coś. Dajcie mnie do władzy i kierowniczkę, pod której mądrym skrzydłem się rozwijam (powoli, to moje wina), robię wszystko, co mi się ubzdura (pozytywnego dla siebie, firmy i mojego teamu z NO, drużyny wspaniałej)! Jak to Krzyś J. wspomniał po kilku zgłębionych szklankach, w Jej obecności oczywiście: „Mamy tu jak pączki w maśle”! Nie wiem, co łączy pączki i masło, bo ciasto, jeżeli już to margaryną naciśnięte, ale ładnie zakończył współpracę z nami… Będziemy płakać rzewnie! Wracam… Jak to powiadają memy nie raz Hanusię GieWu wspominając „Metho nie kuhsuje a most się jaha” haha. Dalej idąc tropem metra, na przykład w czarnej, zacofanej i dalekiej Afryce, oj słaby przykład akurat szej-kowy, no cóż!
Metro w Kairze ma długość 66,5 km i składa się z 3 linii. Ostatni kawałek powstał dwa lata przed przypieczętowaniem prac nad (jaha), nićmi w Warszawie i został oddany w 1981. (Z Afryki można przykład brać poniekąd), Jeśli chodzi chociażby o tempo Pracy.
Rozumie, szejkyt bejbe, ropa nie dla chłopa i tak dalej. Przecież My Polacy wszystko mamy, a jak nie to ukradniemy! No żartowałem. Nie zmienia to faktów, złość niosących, twarz smutną rysując. To nasze metro w zacnej stolicy Polski o ŁĄCZNEJ długości około 29 km, planowane od 1925 roku, (wojna), więc wyjątkowo będę wyrozumiały. Czemu tak długo to trwało? Od wmurowania kamienia, rozpoczęcia prac mija lat tyle, co mam ja teraz, dziś – 32, niestety ponad. Do wczorajszej chwili, kiedy to oddano drugą linię, a na prawdę zaledwie jej części! nOszzz i jak tu się ma Polak nie denerwować.
Co byśmy zrobili, my, gdyby przez te długie, nie suche wcale lata, każdy pełnoletni i bezrobotny na ten czas mieszkaniec Warszawy i okolic dostał pracę przy budowie, planowaniu itp? Macie pojęcie, może wyolbrzymiam, ale patrzę swoją miarą. Co w krótkim czasie udało się stworzyć, zbudować posiadając wiedzę i umiejętności, którymi nasycił mnie ojciec. Wiadomo, każdy różną wiedzą się szczyci, różne mamy umiejętności! Sprzęt i doświadczenie można ściągnąć, co za kłopot, w Kairze Francuzi chyba budowali, a przecież lepsi są od nas? Wątpię słysząc Gości, którzy odwiedzają mój miły Hotelik i wspominają niedawne prace w zamożnej i nierobotnej Europie.
Mniemam, że minimum trzy razy tyle byśmy zbudowali, pewien jestem, a co, kto mi to odbierze, zaprzeczy! Sam się bujałem trochę po różnych miejscach, tu za dużo robiłem – wywalili, tu za szybko – wywalili, tu, tam, wszędzie… Zawsze coś po za jednym miejscem, w którym jestem teraz. Kto by nie poszedł na Państwowe/miastowe pracować? W tamtych czasach, miód na gołą klatę, marzenie, nawet dziś spokojna starość, w teorii. Najbardziej irytujące jest niestety to, że w Naszym Wspólnym, jakże Pięknym, miodem i mlekiem płynącym kraju (doceniłem dopiero wracając z obczyzny), zwanym – „Polska”, koszty, marnotrawienie pieniędzy, chowanie po kieszeniach, wałki, przekręty, oszustwa, ból skręca niesamowicie! Nie, dlatego, że ja nie kradłem, nie kradnę i na pewno nie będę! Właśnie dla tego, że gdyby nie kradli (palcem trudno mi pokazać), skurczy… syny, wstyd, że matki Polski… Mieli byśmy wszyscy więcej. Byli byśmy dumniejsi, weselsi, milsi dla siebie, a tak tylko czekamy, jak przyjadą Dojczlandy czy Angliki z pieniążkami i kosztem kraju, rodaków sobie przyrobimy. Paranoja, jaka jest cena złotego w kantorze na granicy z Niemcami, dobrze, że oni płacą, jednak to wszystko ma znaczenie. Małe elementy tworzą całość. Dać/brać/kraść, aby na JUŻ, na dziś, na teraz, się nachapać, bo dzieci się chce ochronić, zabezpieczyć czy tak…?
Patrzę teraz, mając swoje dwie pociechy. Oczy nie wierzą, jakie wspaniałe życie było kiedyś. Pola wokół domu, cisza, spokój, aut mało, kreatywność się rozwijała, teraz się rozwija.. Wszystko, co z nią niezwiązane, przykro. Życie, coś jest w memach z PRL’u. Coś było wtedy w ludziach innego. Czy ktokolwiek dziś powie, Polska – miodem i mlekiem, rzygająca z bólu, krzycząc. Tak jest, niestety. Cwaniaki w sumie głównie, nawet nie, ludzie bez skrupułów, zwykły i normalny człowiek nie ukradnie, nie będzie myślał, jak, bo przecież, po co, pracuje uczciwie i zarabia swoje pieniądze. Prawo dla sprytnych, chamów, publiczne rozkradane wciąż i jak się śmieją internety wciąż jest, co, albo po prostu topione w układach. Co z układów się pytam, ze swoimi się układać, za nasze, każdy by miał. Tak każdy płaci, najwięcej w sumie przeliczając Ci, którzy najmniej zarabiają i skromnie żyją! No… ech, horrendalne, nawet na nasze, znane od lat, Polskie warunki, uwzględniając tak nagminne już chowanie po kieszeniach, przez każdego, kto może i gdzie się da… (nikogo nie pakuję do jednego worka), wiadomo, o której grupie ludzi mówię. Bez serca, duszy, skur… Orzesz… Kurrr! Można dać zarobić, to nie problem, oklej, ale kręcić, aż tak, że łby czerwone pod ciśnieniem.

I na koniec, mój jedyny, ciekawy splot słów z wydarzeń autentycznych, który warto przeczytać! 😛

Doświadczenie moje z metrem związane: Woziłem zaopatrzenie do firmy, która robiła elektrykę w większej części 1 linii metra. Była to Niemiecka firma oczywiście, siedziba, oddział w Polsce z Polakami na składzie. Nieszczypiąca się z pieniędzmi, niepatrząca na nic, ludzie decydujący nie patrzyli. Cholera, każdy na górze kręcił, aby dać swojemu dostawcy zarobić, a przede wszystkim mieć z tego jak najwięcej dla siebie (do podziału), z towaru, który woziłem, a co dopiero w skali metra i jego kosztów? Zdarzyło się zawieźć 1 karton z pierdołami, wart w sklepie około 500 złotych, tymczasem dokument zwany fakturą opiewał na zacną kwotę około 50,000 zł. Jaha, tylko pośredniczyłem, zawożąc na miejsce artykuły, dostając łaskawy uśmiech i podpis na WZ, tyle! To jest biznes. Tak się kręci i kasę robi. Nie jest mi źle, bo należało się Panu pewnemu, który dobrym człowiekiem i moim przyjacielem jest dotąd, a nie raz bywał za dobry. Z taką propozycją wyszły osoby z firmy, bez większego skrępowania. Największa była złość i zawiść, kiedy się kłócili, od kogo mają kupić i kto zamówić może z nich. Reszta już załatwiona po za firmą, jak podział kasy choćby. OMFG.. To przecież mała pstynka, maleńka kropla w morzu, które sumując się miały wspólnie stworzyć nam metro w Stolicy! Mamy pojęcie, co i jak na prawdę, zapewne nie i nie będziemy mieli. Jedyne, co to trzeba coś robić.. I ja mam takiego kogoś, kto ładnie by porządził, uczciwie, po ludzku. Kiedy już obalę rząd dowiecie się na pewno. Nie mówię o sobie, ja, co najwyżej ręką, nogą, pomysłodawcą chętnie. Najchętniej jednak domek, mazury, pisanie, rodzina… Dziękuję, więcej nie potrzeba!

P.S. Czy się pomylę, jeśli wspomnę, że to Twa pierwsza podróż „Polskim” metrem, Szanowna Panno Warszawianko? 😛

* – Oby jak najszybciej się stało.. Czekam!