Listopadowy IV

Nie umiem mówić sam do siebie
Nie mogę słuchać siebie już
Choć najprawdziwsze i najpewniejsze
Słowa w myślach niosą wyłącznie ból

Namiętnie sięgam po butelkę
Papieros rozpyla dym spod stóp
Alkohol cedzony w życiu codziennie
Krew rozcieńczając zaczyna truć

Zakręcam kapslem zabitą butelkę
Odkapslowuje nakrętkę z gwintu znów
Na siłę zmagam się z nim niechętnie
W głębi dla siebie największy wróg

Trzymam Cię blisko, a moje ręce
Plątają żyły niczym w zacisku sznur
Wyjątkowo mocno kocha moje serce
Wysysając cały zebrany tlen z płuc

Choć w środku tętni miłosierdziem
Do siebie przez Cię krzycząc wróć
Długo gryzę się z przedsięwzięciem
Oczy na horyzoncie, pod nogą trud

Błysła mi iskra przed zaśnięciem
Głowa sto pomysłów ma na każdy znój
W piersi uderzeń czuję coraz więcej
Nosem wącham zwłoki nozdrza mórz

Na skórze od żyletki krwawe zacięcie
Ranę powinienem zacząć szyć bez prób
Ubranie zaplamione nieprzeciętnie
Kapiąc na chodnik pazerny skleja brud

Reklamy

Notnał

Szum w mojej głowie
Inspirowany ciszą
Łzy z głębokiej toni
Spadające sople krzyczą

Ból spod mych powiek
Oczy go nie widzą
Serce czuje subiektywnie
Bije siebie, wewnątrz żyjąc

Spać znów nie mogę
A snów stada zliczam
Zamykam w sobie głowę
Wkurzony, bo świat milcząc

Postępującym stanem raczony
Muzykę uchwytną słysząc
Mógłbym być wzięty w anioły
Nie mogę, jeszcze nie dzisiaj!

Listopadowy III

W jesiennym płaszczu przeszłym, tym, przyszłym

Nie straszny zmierzch zły, świt mglisty

W świetle, dziś rzeczywisty wyraz przekazem

Słowo, budulcem wielu materii życia porywczych


Czynem wyrażać, z życia garściami mądrze korzystać

Smak, często wzmaga do pewnych spraw dystans

Zatrzymać się, czasem na chwilę przystać

W obawie straty, chwile niczym tlen ulotne chwytać

Na trzy serca

T: Kocham Was

Jestem
Tak daleko
Trochę niewyraźny

I: Tato, czy ty jesteś odważny?

T: Jestem

Boję się niemiłosiernie
Strach i tęsknotę
Przezwyciężę

I: Wierzę w Ciebie

S: I Ja Tato

T: Jestem w niebie

Kochania
Amator

Nie uniknie
Ten sen
Dzień
Nie ucichnie

Będę walczył
Jak dzik
Lis
Niedźwiedź
Niczym lew
Przywykłem

To oczywiste
Jak Wy
Tyś pracowity
I Ty młody

S & I: Po Tobie Tato

T: Przystańcie

Były momenty
Świat jest przeklęty
Zaciśnij zęby
Walcz
Wiesz którędy?

S: Nie wiem, pokażesz mi drogę?

T: Pokażę

Zieleń
Czuj jak osłodę
Róż
Powiek słońcem
Muśniętych
Stój
Napawaj pięknem serce
Wpatruj się
Tul
Mów
Jej to codziennie

Bądź
Obojętny na szyderstwa
Wszelkie
Krytykę
Garścią łap
Nią się buduj
W noce bezsenne

Nie wstydź się
Siebie
Czuj
Żyj
Śnij
Synu

Bój
Się
Tylko
Siebie
Król
W każdym
Korzenie
Bóg
Dawno w potrzebie
Ty sam walcz
Najpierw
Ze sobą
O siebie

S: Będę

I: Ja tez Tato

T: Gdy wspomnisz

Biel w czerwieni
Błękit nieba
Lasy zieleni
Złotych pól
Szum

Polski
Do płuc
Popłynie tlen
Kochanie
Nadejdzie
Ten dzień
Już
Niedługo

S: Wiem Tato

T: Wiedz, Ty też mały bąblu

I: Wieeem, hihi

Wybierzesz sam
Gdzie dusza
Twoja
Miejsce
Swoje ma

Zleci szybko
Za szybko
Leci
Czas

Na razie
Bądź
Myśl
Ucz się
Trwaj
Wiele będzie łez
Będzie smutek
Tęsknota
Będzie gromki żal

Nie zaprzeczę
Synu
Będzie też
High Life
Zwycięstwa
Sukcesy
Marzenia
Sprawdź
Wierzę w Ciebie

S: Też wierzę, ufam Ci

T: Dasz radę, słuchaj

Uwierz
Zupełnie sam
Skorpiona jad
Duma w herbie
Ojczyzna
Miłość
Rodzina
Najważniejsze
Pamiętaj codziennie
Pamiętaj te słowa
Nie idź obojętnie

W życiu jest sens
W rozłące
W naszych myślach
Ten sam wydźwięk
Kocham Ciebie
I Ciebie Kocham

S & I: My Tato Cię

I: Bądź z nami zawsze

S: Na zawsze

Przysięgnij
Nigdy nie przestaniesz
Nie zwątpisz
Nie uderzysz
Nie zranisz
Tylko szczerze

I: Będzie na pewno, ja wierzę

Nie otumanisz
Będziesz wspierać
Słuchać
Jeśli trzeba
Ganić
Trzymać w objęciach

T: Jesteś mój

S: I Ja

T: Pewnie Kochanie

Łza na policzku
Żółty

Nasz sakrament
Zaciśnij pięść
Patrz
Silny bądź
Unieś
Ból
Samotny lament
Smutek
Kłamstwa
Tęsknotę
Zamęt
Strach


Gnaj
Razem
Z bratem
Przed siebie

Proszę..
O małego
Zucha
Zuchu
Mały
Dbaj

Zgrabnym krokiem

Zazdrości wiadro pełne
W nudy chorobie
Przelewane

Ciemnej szarańczy
Uczepiony rzep
Przystanek

Odebrać
Musem życia się staje

Zjeść
Pragnienie bezustanne

Wziąć
Treści wyczarowane

Zdeptać
Jak żreć nie dostanie

Pochłonąć
Byle byś sam nie taszczył
Swych marzeń
Miłości twej
Empatii

Brakuje bogatym
Głupim
Cwanym

Będącym
K
imś innym
Po za Tym
Kogo
U
dają na co dzień
Obok

Wypatrują gdzieś
Twej magicznej
Skórki część

Namawiają
Weź
Jabłko
Z mojej paszczy

Odbierają
Sens
Przeznaczając
Na straty

Ty oddany
Wiedz
Karmisz
Zachłanne japy

Nie daj się zwieść
Tobie znane
Zapachy
Kolory
Smaki
Leśnego mchu z polany
Błękitu nieba wiosną
Czterolistnej pomarańczy

Tańcz
Życie w koło
Ciebie
Tańczy

Impreza żarłoków

Jestem już za drzwiami wejściowymi w budynku w którym pracuję. Nikogo nie ma na recepcji ale z góry zaczynają dochodzić coraz głośniejsze chichoty dziewcząt. Dosłownie za chwilę, na schodach pojawiają się pierwsze z nich. Wyjątkowo szły chyba wszystkie Panie pokojowe.
Każda z nich niosąc po kilka talerzy, a na nich przedziwnej konsystencji posiłki, jakby paćki z grochu, mięsa mielonego, elementami kukurydzy i fasoli oraz tym podobnych składników w przedziwnych, gęstych sosach. Ich roześmiane usta mówią, że jest jakaś impreza, jednak przenoszą się z pierwszego piętra, do ostatniego pokoju w korytarzu, do szóstki. Każą iść na górę i pomagać, więc nie myśląc ani chwili pokonuję kilkoma susami drewniane schody i już patrzę jak mam kilka talerzy na rękach, niczym Niemka kufli z piwem na Okoberfest. Idę więc korytarzem na pierwszym piętrze, a dochodząc do schodów ręce zaczynają mi się chybotać. Talerze tańczą w moich ramionach, więc przyśpieszam do tempa w którym jeszcze jestem w stanie utrzymać je w miarę równolegle do podłogi. Co za dużo to nie zdrowo mówi przysłowie, zderzające się w mojej głowie teraz z obrazem upadającej brei z talerzy na podłogę, na wysokości pierwszych pokoi już na parterze.
Nigdy tak prędko nie biegłem z taką ilością towaru na rękach. Po spodniach lecą mi te wszystkie maziaje, po kolei upadając również na dywan w zwartym szeregu. Dobiegam do pokoju, drzwi otwarte na oścież, a po prawej i lewej stronie stoją wszystkie dziewczyny wielce roześmiane. Ile stresu, irytacji ze swojej niezdarności, wstydu z bałaganu niewymiernego mnie to kosztowało. Dotarcie tam z resztkami dosłownie na każdym z talerzy. Byłem załamany! Wyrzucam w wielkiej niewiedzy jak pozbyć się tego bałaganu z siebie słowa: „dziewczyny, przepraszam, wszystko mi się wywaliło na korytarzu, wybaczcie”. One nie przestając się śmiać pokazują palcami kopiec ulany na środku pokoju. Talerze, jedzenie, wszystko, ile dały radę unieść.. Wszystko to wygląda przeokropnie, nie wiem co mam myśleć o tej sytuacji, odwracam się, a z pokoju naprzeciwko macha do mnie uśmiechnięty, ubrany na kolorowo DJ… Wake up…

Po co mi

Krwi pełne do dziś, chociaż bardziej jest gorąco
Zimna jak lód ty, cudownie, że poniosło
Głupie żądze dziś, ratunek mi niosą

Szkoda
Wzrok ci nadal tkwi
Na skrzyżowaniu twych oczu

Na czubku
Nie małych dwóch nosów
Wołanie echem odbite zanika w ten sposób

Wiara pewność zaprzęga po rozwód
Stoisz sama w koło kłamstwa dozór
Ufności zamiera ręka wśród mrozu

Dni, każdy z nich
Cieplejszy jest, nie
Wiem, tylko na pozór

Szukać na głowie okularów przyjdzie
Bezsensu napuszczać winę gdzie indziej
Konsekwencji nie ruszać, daj Boże, może zniknie

Może jak ty sama
Też ucieknie
Perfidnie
W nic

Niepewność barw

Napełniam
Sercem szklankę
Wyciskając pomarańcze

Namiętnie
Skórki woń głaszcze
Nozdrza przepełniane zapachem

Nadmuchuje
Marzeniami bańkę
W tęczowe kontury wierząc patrzę

Zakrzywione
Słońca promienie
Szkła syto zalewają strachem

Kroję następną..

Don i Ron w jednym żyli domku

Don wesel był
Pełen krwi
Szczere serce

Ron schludnie żył
Marzenia grał
Bajkowy chłopięce

:De z brwi znikł
Zamknięty w umyśle
Poddany w męce

eR tworzy zorzę
Konsument stabilny
W prostocie sens jest

On de wyszył
Grzech pochłonął
Wydech i wdech, serce

Ten jest teraz byk
Nie biega za płachtą
W klasie pierwsze miejsce

Don poskramia krzyk
Jesiennych liści koloryt
Wrzeszczący deszczem

W górę idzie, gdzie Ron
Piastuje królestwo
Przykładem pracy jest

Głupi on, właśnie tak

Kiedyś życiem żyłem
Żeby mnie nie było
Izolowałem nań bilet

Byłem sobą jedną chwilę
Z wielu pełnych go
Osobą być w sobie, przywilej

Dziś sam jestem, to tyle
Tkwie w nieodpowiedzi
Odgradzam się, connected

Tkwię zły wewnątrz, engry
Czekając z serwem, izoluję się
Wyłączam świat, Wi-Fi, nerwy

JA SKORPION

Cisza po burzy

Wokół cicho, cisza niema, cisza głucha
Słów nie znająca innych
Usta dusi poducha

Echo bluzga, narzeka, wokoło zasmuca
Żali żadnych nie słychać

Smutków nie czuć

Usiądź tu
Wszystkie są

W siebie się wsłuchaj

Ze sobą rozmowa

– Pamiętasz, zawsze bałeś się wysokości?
– Pamiętam jak dziś..
– Zawsze mówiłeś, że miałeś wrażenie stojąc gdzieś wysoko na krawędzi.. Że spadasz bezwładnie z barierką w dół, prosto na chodnik..
– Tak było, do dziś.. Dziś wiem, to nie lek wysokości. Nie kręci mi się w głowie, nie boję się iść w górę, czy patrzeć w dół.. Boję się siebie..
Boję się tego, że zawsze miałem ochotę skoczyć, zobaczyć jak to jest. Skończyć z bólem..
Lecieć przez ułamek sekundy, zupełnie bezwładnie, nie myśląc o niczym co wokoło, nigdy więcej…
Zamknąć oczy, przydusić serce, stłumić oddech.

Prawo powszechnego ciążenia

Teraźniejszość ponadmiarową
Weną po horyzont wypełniona
Ziemię wczorajszą zmusza lizać

Zwykła skrzydła opierzać
W podmuchach wiatru jesieni
Szybować liściom lekko dając

Ciska jednak gradem odłamków
Gorączką pazerną kruszonych
Głowę moją do krwi rani

Cierpieniem przeciążona spada
Słońca pełnię zaszywając
Za chmurami z litej skały

P.S. Dzięki Goldenbrown, tak do słów Twych odnieść się chciałem, że proszę.. Powstało takie coś. 🙂

Zagryzione wargi

Ty „bardziej” trzymasz mnie za serce
Bije co raz mocniej, co dzień
Tłoczy uczucia szybciej
Stawia kroki pewniej

Grzejesz moje od zła zmarzłe ręce
Okrywasz troską w garści
Chuchasz delikatnie
Rozpalonych pragniesz

Szepczesz „uwierz dobrze będzie”
Prosisz szlachetne sumienie
Chłonną pierś zaciskając

Idąc przed falą tsunami

Patrzysz zachwycająco wciąż
Tęsknisz jesieni mokrym rumieńcem
Ranną rosą wyczekujesz
Suche oko zakraplając karmisz

Mrużąc powieki po raz drugi widzę
Seksownie dwie wzburzone
Wampirycznej żądzy pełne
Przez moje ku nim skierowane

Zębami zagryzione

Głodnymi

Wargi

Listopadowy II

Wyczekiwany moment
Przed sobą uklęknąć
Pewności krzyż
Wznosząc

Cierni gryzącą koronę
W jednej kropli utopić
Zrzucić bezwstydnie
Wierząc

Płacząc rzewnie rozpłatać
Gęstą polewając
Liście pozłocone
Setką

Nut łez rozbrzmiewających
Oczyszczając siebie
W jesiennym dźwięku
Deszczu