Owca i baran

Wabi
Spojrzenie
W złotym puchu owca

Oczy
Termowizją
Podczytują myśli

Zlicza
Z twarzy rysów
Piękną trygonometrię

Mierzy
Znacznikiem
W kącie kąt gorący

Tęczą
Rozgięte stopnie
Prostopadłe dziewięćdziesiąt

Jedna
Zawsze licha
Poszkodowana niby

Cenna
Ona zbytnio
Ziemi by dać ziębić

Obie
Baran wziął
Na barki swoje bycze

Zbaaaranieli w owczym pędzie…

Baran i owce

Znużony monotonią dnia codziennego
Okiem przymrużonym snu wypatrując
Zawisł na krótką chwilę łącząc myśli
Dziś pracę by skończyć
Chłodno sumując

Zmęczony pod koniec pasania policzy
Tak zwykł robić skrupulatnie rachując
Pan, rzadkiej w świecie czerni dziecię
Łakomy rodzynek w stadzie
Lisich i głodnych owiec

Przeważnie kolejno nad głową skakać
Giąć się, uwodzić, nęcić starały zwykłe
Teraz inaczej baranowi chociażby łypać
Emocjami przesycony zliczył
Raz, dwa… bardzo szybko

Zamiana kolorów tęczy i role barw już inne
Pan matecznika teraz opuszcza swe stadko
Do snu składane by oszukać oczy ckliwe
Wyimaginowaną każdej nocy
Liczoną wolno gromadką